Po horyzont i dalej! |
Przygoda z motocyklem |
Douga poznałem, kiedy pracowałem w poprzedniej firmie. Był architektem rozwiązań, które implementowaliśmy. Wielokrotnie i burzliwie spieraliśmy się o kształt tych rozwiązań, mieliśmy różne podejście do fundamentalnych spraw.
Prywatnie Doug był w porządku, chociaż straszny z niego gaduła. Miał coś do powiedzenia na każdy temat i nie trzeba było go namawiać, aby się tym podzielił.
Od tego czasu ja zdążyłem zmienić pracę, zmienił ją także on. Utrzymywaliśmy sporadyczny kontakt, plotkując o wspólnych znajomych i wymieniając się grzecznościami.
Kiedy w 2008 Stany dopadł kryzys paliwowy, Doug zrezygnował z jazdy samochodem na rzecz mniej paliwożernego motocykla. Wtedy dowiedziałem się, że oprócz profesji łączy nas także pasja dwóch kółek.
Kiedy w tym roku napisałem na twitterze, że wreszcie kupiłem upragniony motocykl, Doug od razu się odezwał. Od słowa do słowa, postanowiliśmy, że za 3-4 lata, kiedy odchowamy trochę dzieciaka, a żona zrobi prawo jazdy na jednoślad, wybierzemy się w trójkę na wyprawę po Stanach, od oceanu do oceanu.
Dzisiaj dowiedziałem się, że Doug nie żyje. Miał wylew 22 marca. Wychodził już z niego, przebywał w ośrodku rehabilitacyjnym, kiedy dopadł go powtórny. Już się z niego nie obudził. Dzisiaj rano odłączono go od aparatury.
Nie byłem jakoś szczególnie związany z Dougiem. Ot, kolega z pracy, z którym utrzymywałem sporadyczny kontakt. Jednak wieść o jego śmierci mocno mną wstrząsnęła. Być może sprawiło to subtelne poczucie braterstwa, które łączy motocyklistów. Nie wiem.
Nie wybierzemy się na wspólną wyprawę. Jednak tym bardziej chcę pojechać na Wielką Wyprawę po Stanach, odwiedzić Texas i zapalić znicz na jego grobie (czy raczej na modłę amerykańską — złożyć kwiaty).