Po horyzont i dalej! |
Przygoda z motocyklem |
Plan był prosty.
W sobotę wczesnym popołudniem musiałem pojawić się u babci na imieninach. Wstałem skoro świt, wyszedłem po bułki i wędlinkę. Pogoda była jak marzenie.
Zjadłem z żonką śniadanie i policzyłem czas… Okazało się, że mam około godzinki-półtorej, aby gdzieś sobie na szybko wyskoczyć. Rzut oka na mapę, szybko zaplanowana trasa i do garażu!
Pięć minut spaceru, gdyż tyle zajmuje mi dojście do garażu, uświadomiło mi, że cienki golf pod kurtką to zdecydowanie za dużo. Koszulka i kurtka wystarczy. Postanowiłem, że zostawię go w garażu.
Wytoczyłem Hondę, zamknąłem garaż. Odpalę, pomyślałem, i ubiorę się, zanim silnik się nagrzeje. Stacyjka, ssanie, rozrusznik… Iii łuu u… I tyle. Rozrusznik zakręcił, ale za krótko, by silnik zaskoczył. Niestety, akumulator nie miał już siły na drugą próbę.
Ech, nieładnie. Dobrze, że miałem pod ręką klucze — wykręciłem akumulator, schowałem motocykl, wyjechałem samochodem i do sprzedawcy. W końcu dał mi gwarancję na zakupiony pojazd!
Sprzedawca pokazał klasę. Bez słowa wzięli aku na warsztat. Krótka diagnostyka wykazała, że wszystko z nim w porządku, ale chcieli więcej czasu, aby przepuścić go przez kilka cykli ładowania/rozładowania. Dostałem zastępczo ich serwisowy akumulator, abym nie marnował ładnego weekendu, a jeśli coś będzie nie tak z moim, dostanę nówkę. Miło, profesjonalnie…
Niestety, wszystko to zeżarło czas przeznaczony na jeżdżenie. Trzeba było wracać do domu, przebrać się i jechać na rodzinne biesiadowanie. Dopiero wieczorem miałem chwilę, aby założyć zastępczy akumulator i sprawdzić, czy wszystko w porządku.
Serwis zachował się z klasą i dzięki temu mogłem skorzystać z ładnej niedzieli i trochę sobie pośmigać.