Po horyzont i dalej! |
Przygoda z motocyklem |
Motocykliści dzielą się na tych, którzy leżeli i na tych, którzy będą leżeć. Dzisiaj dołączyłem do tych pierwszych.
Wczoraj stuknęło mi pierwsze 1000 km zrobionych na motocyklu. Uświęciłem je pięknym szlifem (na 1011 km, w/g wskazań licznika).
Sytuacja miała miejsce, kiedy już-już dojeżdżałem rano do pracy. Pokonałem bezpiecznie całe miasto i szykowałem się do zjazdu z głównej ulicy w małą przecznicę dochodzącą do biura. Wrzuciłem kierunkowskaz… i następne co pamiętam, to ponoszenie się z jezdni.
Lekka mżawka, droga równa, bez dziur (o dziwo!). Chwilę wcześniej odpuściłem gaz, mijając autobus na przystanku. Jakieś 10 metrów za przystankiem zaczyna się pas do skrętu w prawo, na który zamierzałem wjechać. Na liczniku miałem może ze 40 km/h.
Nie wiem co zrobiłem źle. Leżałem na asfalcie na 2-3 metry od początku pasa do skrętu.
Jedyne, co mogę wymyślić, to że chciałem delikatnie przyhamować - ale w takiej odległości od skrzyżowania w grę wchodzić mogło jedynie muśniecie klamki. Nie zacząłem jeszcze skręcać - chociaż podświadomie mogłem już zacząć ten manewr.
Nie dojdę chyba do przyczyny szlifu.
Nauka, jaką z tego wyniosłem - zawsze jeździć w dobrych ciuchach. Mnie nic się nie stało, ale kurtka jest nieźle przeszlifowana. Spodnie, buty, dobry plecak na laptopa - dzięki nim ani mnie, ani gadżetom w plecaku nic się nie stało. Jedynie moto wymaga wizyty u mechanika.
Nie mogło być inaczej. Oczywiście musiało padać, kiedy wracałem z pracy. Cóż to jednak dla dzielnego motocyklisty! Spodnie, kurtka, kask… i w drogę.
Kiedy pada, miasto jest jeszcze bardziej zakorkowane, niż zwykle. Samochody pełzną, autobusy rozchlapują wodę, wycieraczki pracowicie przecierają szyby… A w tym wszystkim ja, ostrożnie i uważnie przeciskałem się między samochodami.
Znajomość nawierzchni w takiej sytuacji bardzo się przydaje. Wiem na przykład, że na pewnym odcinku Alei potworzyły się już koleiny i że będzie tam stała woda. Należy więc ten kawałek przejechać ostrożnie, najlepiej środkiem pasa, nie pchać się ponad potrzebę…
Kiedy tak pokonywałem kolejne metry, wsłuchany w bębnienie kropel o kask, zauważyłem ciekawą rzecz. Może mi się tylko zdaje, ale kierowcy samochodów byli dzisiaj nad wyraz uprzejmi, co rusz któryś ustępował miejsca, pozwalał się przepchnąć obok czy wręcz wpuszczał przed siebie na pas. Czyżby żal im było biednego moknącego motocyklisty? Czy myśleli sobie “Ten to dopiero ma przerąbane, może puszczę go, niech biedak szybciej dotrze pod dach”?
Nie wiedzą, że jazda w deszczu, chociaż męcząca i upierdliwa, ma swoisty urok. I można się nią cieszyć!
Douga poznałem, kiedy pracowałem w poprzedniej firmie. Był architektem rozwiązań, które implementowaliśmy. Wielokrotnie i burzliwie spieraliśmy się o kształt tych rozwiązań, mieliśmy różne podejście do fundamentalnych spraw.
Prywatnie Doug był w porządku, chociaż straszny z niego gaduła. Miał coś do powiedzenia na każdy temat i nie trzeba było go namawiać, aby się tym podzielił.
Od tego czasu ja zdążyłem zmienić pracę, zmienił ją także on. Utrzymywaliśmy sporadyczny kontakt, plotkując o wspólnych znajomych i wymieniając się grzecznościami.
Kiedy w 2008 Stany dopadł kryzys paliwowy, Doug zrezygnował z jazdy samochodem na rzecz mniej paliwożernego motocykla. Wtedy dowiedziałem się, że oprócz profesji łączy nas także pasja dwóch kółek.
Kiedy w tym roku napisałem na twitterze, że wreszcie kupiłem upragniony motocykl, Doug od razu się odezwał. Od słowa do słowa, postanowiliśmy, że za 3-4 lata, kiedy odchowamy trochę dzieciaka, a żona zrobi prawo jazdy na jednoślad, wybierzemy się w trójkę na wyprawę po Stanach, od oceanu do oceanu.
Dzisiaj dowiedziałem się, że Doug nie żyje. Miał wylew 22 marca. Wychodził już z niego, przebywał w ośrodku rehabilitacyjnym, kiedy dopadł go powtórny. Już się z niego nie obudził. Dzisiaj rano odłączono go od aparatury.
Nie byłem jakoś szczególnie związany z Dougiem. Ot, kolega z pracy, z którym utrzymywałem sporadyczny kontakt. Jednak wieść o jego śmierci mocno mną wstrząsnęła. Być może sprawiło to subtelne poczucie braterstwa, które łączy motocyklistów. Nie wiem.
Nie wybierzemy się na wspólną wyprawę. Jednak tym bardziej chcę pojechać na Wielką Wyprawę po Stanach, odwiedzić Texas i zapalić znicz na jego grobie (czy raczej na modłę amerykańską — złożyć kwiaty).
Parę dni temu jechałem spokojnie do pracy. Dwupasmówka oczywiście zakorkowana, więc jechałem ostrożnie między samochodami, włączając się grzecznie do ruchu, kiedy sznur aut ruszał.
Na ogół nie miewam z tym problemów. Miejsca jest dość, a spora ilość kierowców ustępuje, nawet kiedy nie ma ku temu wyraźnej potrzeby. Ale rozumiem, z wnętrza samochodu nie można dokładnie ocenić, czy motocyklista się zmieści.
W pewnym momencie jeden z kierowców stojących na lewym pasie samochodów, zobaczywszy mnie w lusterku, wrzucił bieg i celowo dojechał do linii oddzielającej pasy ruchu, uniemożliwiając mi przejazd. Kiedy zobaczył to kierowca samochodu na prawym pasie, odbił w prawo i dojechał do krawężnika, aby zrobić mi miejsce. Odkręciłem gaz i wyminąłem chama na lewym pasie, zanim zorientował się, co się stało.
Minę, którą zrobił, kiedy już byłem przed nim, z nawiązką wynagrodziła przykrość. :-)
Ogólnie rzecz biorąc, jestem mile zaskoczony zachowaniem kierowców. Nie stwarzają problemów nam, motocyklistom, i nie zachowują się jak pies ogrodnika (“Sam nie pojadę, to i innym zablokuję drogę”). Czasami jednak zdarza się dureń, który ma ochotę na bezinteresowną złośliwość.
Nie tak dawno narzekałem jeszcze, że droga do pracy jest taka długa i męcząca. Kto mieszka w Krakowie wie, jak męczące mogą być codzienne dojazdy w godzinach szczytu. Mam do przejechania prawie całe miasto — 10 km, co zajmowało ponad godzinę. Ile się znajomi i rodzina nasłuchali, jak to nie da się nigdzie dojechać, jak denerwujące są korki i jak męczące jest pojechanie gdziekolwiek.
Tak było aż do tej pory. Od kiedy przesiadłem się na dwa kółka, czas dojazdu do pracy spadł dramatycznie. Spokojnie mieszczę się w trzydziestu minutach, nawet w najbardziej zakorkowane dni.
Tylko że… jazda na motocyklu jest tak fajna, że droga do pracy wydaje mi się za krótka! Dojeżdżając myślę sobie: “Ooo, już?”… Miało by się ochotę jeszcze pojeździć…
Ale za to jakże miło jest usłyszeć po południu od żony: o, tak szybko wróciłeś?
Ciekawą rzecz zaobserwowałem.
Siedzimy na rodzinnej nasiadówie. Moja mama, wciąż nie mogąc się pogodzić, że jej niemłody już przecież syn zakupił motocykl, poskarżyła się na mnie przy stole (“A wiecie, co mój synek nawywijał? Pochwal się!”).
No i się zaczęło. Naskoczyli na mnie, jakbym im co złego zrobił. Dowiedziałem się, że oszalałem, że ciotka by nigdy kuzynowi nie pozwoliła (ja tam się mojej matki o zgodę nie pytałem :-) ) itd. itd.
Dopiero, kiedy wracałem do domu, dotarła do mnie jedna rzecz… Kiedy wszystkie kobiety przy stole się na mnie wyżywały (oprócz mojej żony kochanej, która wspiera mnie w mojej pasji i sama przymierza się do prawka A), wszyscy mężczyźni (dwóch wujków, kuzyn i ojciec) siedzieli cicho, bojąc się odezwać. Dopiero pod koniec tata zaczął mnie słabo bronić.
Nie wiem, bali się czy podzielali zdanie swoich małżonek? Matriarchat :-)
A na koniec dowiedziałem się, że mój dziadek, którego nigdy nie poznałem, jeździł na motocyklu i woził na nim babkę i dwóch synów. Na raz!
Plan był prosty.
W sobotę wczesnym popołudniem musiałem pojawić się u babci na imieninach. Wstałem skoro świt, wyszedłem po bułki i wędlinkę. Pogoda była jak marzenie.
Zjadłem z żonką śniadanie i policzyłem czas… Okazało się, że mam około godzinki-półtorej, aby gdzieś sobie na szybko wyskoczyć. Rzut oka na mapę, szybko zaplanowana trasa i do garażu!
Pięć minut spaceru, gdyż tyle zajmuje mi dojście do garażu, uświadomiło mi, że cienki golf pod kurtką to zdecydowanie za dużo. Koszulka i kurtka wystarczy. Postanowiłem, że zostawię go w garażu.
Wytoczyłem Hondę, zamknąłem garaż. Odpalę, pomyślałem, i ubiorę się, zanim silnik się nagrzeje. Stacyjka, ssanie, rozrusznik… Iii łuu u… I tyle. Rozrusznik zakręcił, ale za krótko, by silnik zaskoczył. Niestety, akumulator nie miał już siły na drugą próbę.
Ech, nieładnie. Dobrze, że miałem pod ręką klucze — wykręciłem akumulator, schowałem motocykl, wyjechałem samochodem i do sprzedawcy. W końcu dał mi gwarancję na zakupiony pojazd!
Sprzedawca pokazał klasę. Bez słowa wzięli aku na warsztat. Krótka diagnostyka wykazała, że wszystko z nim w porządku, ale chcieli więcej czasu, aby przepuścić go przez kilka cykli ładowania/rozładowania. Dostałem zastępczo ich serwisowy akumulator, abym nie marnował ładnego weekendu, a jeśli coś będzie nie tak z moim, dostanę nówkę. Miło, profesjonalnie…
Niestety, wszystko to zeżarło czas przeznaczony na jeżdżenie. Trzeba było wracać do domu, przebrać się i jechać na rodzinne biesiadowanie. Dopiero wieczorem miałem chwilę, aby założyć zastępczy akumulator i sprawdzić, czy wszystko w porządku.
Serwis zachował się z klasą i dzięki temu mogłem skorzystać z ładnej niedzieli i trochę sobie pośmigać.
Paliwo — jest. Kranik rezerwy — we właściwej pozycji. Przekręciłem kluczyk — kokpit ożywa. Luz — jest. Ssanie — włączone. Nacisnąłem starter. Silnik ożył. Dla kogoś zarażonego motocyklami, to przepiękny dźwięk.
Motocykl powoli się rozgrzewa. Zmniejszyłem ssanie, zacząłem się ubierać. Zapiąłem kurtkę, naciągnąłem kominiarkę i kask, założyłem rękawice, zapiąłem rękawy.
Silnik zdążył się rozgrzać. Siadam. Sprawdzam ustawienie lusterek — w porządku. Sprzęgło, hamulec, jedynka i w drogę!
Pierwsza jazda po zimie. Cudowne…
“Motocyklista doskonały”, str. 126
“Motocyklista doskonały”, str. 91